Antonina Stiepanowna stała pośrodku pustego mieszkania z torbą, w której leżały jej buty i sweter.
Patrzyła na żyrandol, na marmurową podłogę, na włoskie zasłony.
Potem odwróciła się do syna:
— Co ty narobiłeś?
Wrócili do starego dwupokojowego mieszkania późnym wieczorem.
Tapety z wyblakłymi kwiatami, linoleum w kuchni, zapach wilgoci.
Antonina Stiepanowna rzuciła torbę na kanapę i poszła do kuchni.
Otworzyła lodówkę — pusto.
— Andriej, masz chociaż pieniądze?
— Muszę kupić chleb.
— Karty są zablokowane.
— Gotówki nie ma.
— Jak to nie ma?
— Przecież pracujesz!
Usiadł przy stole i potarł twarz dłońmi.
— Mamo, ja figuruję u niej w firmie.
— Pensja idzie na kartę, którą ona założyła.
— Ja tam w praktyce nic nie robiłem, tylko…
— Tylko co?
CZYTAJ DALEJ NA NASTĘPNEJ STRONIE